G - Ciemne "tło" nieba. Czyli łopatologicznie; jak chłop krowie na rowie.

wiersze wybrane + HISTORIA  » Giordano, Mikołaj, Andrzej  » G - Ciemne "tło" nieba. Czyli łopatologicznie; jak chłop krowie na rowie.

 

Od momentu zainstalowania tej strony odwiedziło ją ponad 20 tysięcy internautów.

 

Zakładająć zaś, że połowa weszła przypadkowo na poszczególne wiersze, które Google rozwiesiły na swoich stronach oddzielnie. Pozostaje ok. 10 tysięcy internautów, którzy weszli na stronę w pełni celowo.

 

Przyjmując teraz, że 5 tysięcy z nich zadało sobie trud przeczytania moich twierdzeń o POWIERZCHNI PROSTOPADŁEJ, LASEROWYM CHARAKTERZE ŚWIATŁA GWIAZD. Oraz o tym, że patrząc nocą na gwiazdy WCALE NIE WIDZIMY ICH OBRAZU, ALE STRUMIEŃ LUŹNYCH FOTONÓW, które ludzkie oko zbija w bezpostaciowy zresztą punkt. Możemy iść z wywodami dalej.

 

 

 

Czyli zakładając, że 10 % z tych 5 tysięcy to ludzie z jakimś cenzusem nauk fizycznych albo nawet astronomicznych to mamy 500 osob, które mogłyby  do przedstawionych twierdzeń merytorycznie z całkowitym prawem do krytyki – się odnieść.

 

 

 

Jednak do tego czasu żadna z tych hipotetycznych 500 osób nie podjęła się merytorycznego obalenia moich twierdzeń.

 

Zakładając zatem, że rzeczywiście moje twierdzenia przerastają ich możliwości percepcyjne spróbuję teraz wyjaśnić istotę czarnego „tła” nieba metodami zupełnie prostymi.

 

 

 

Uwaga, rozjaśniam tutaj tylko to prymitywne myślenie „najtęższych umysłów” epoki, które upierają się przy isytnieniu jakiegoś TŁA – co jest ewidentną nieprawdą, gdyż żadnego tła nie ma a cała dostępna nam przestrzeń kosmiczna jest równomiernie wypełniona gwiazdami i to one tworzą to mityczne tło.

 

 

 

Do poglądowego i łatwego w odbiorze wyjaśnieniu tego zjawiska posłużymy się szklanym kloszem z matowego szkła.

 

 

 

Zatem niech będzie dana kula z takiego mlecznego szkła z umieszczoną we wnętrzu – powiedzmy – 100 watową żarówką.

 

Żarówka się świeci i kula jest doskonale widoczna.

 

Zacznijmy teraz ODDALAĆ tę kulę w przestrzeni. Z oczywistym założeniem, że w miarę oddalania będzie się stawać coraz mniej widoczna.

 

Stare frontowe wiarusy ostrzegały w czasach wojny rekrutów, że zapaloną zapałkę widać z odległości 5 kilometrów, więc niech uważają z paleniem w okopach w nocy.

 

My jednak w naszym t e o r e t y c z n i e rozważanym doświadczeniu możemy ten świecący się klosz oddalić nie na 5 kilometrów ale na dowolną odległość, więc nie musimy się zbytnio martwić kiedy będziemy z jego światłem bezpieczni.

 

Ale na moja znajomość rzeczy, to już po kilkudziesięciu killometrach chyba nie będzie go widać.

 

Dorzućmy jednak dla pewności, że oddaliliśmy klosz na odległość 100 kilometrów i niech tam sobie tkwi jako NIEWIDOCZNY DLA NAS świetlny punkcik.

 

I teraz pytanie dla najtęższych umysłów epoki.

 

Czy to, że go nie widzimy oznacza, że go tam nie ma ? Pytanie jest oczywiście retoryczne bo chyba każdy przyzna, że mimo, iż nie zobaczymy go nawet przez największe teleskopy to on tam istnieje.

 

 

 

A teraz z kolei wyobraźmy sobie, że na tę odległość posłaliśmy całą chmurę takich kloszy. Chmura jest tak gęsta, że klosze się wzajemnie zasłaniają i nie ma przez nią żadnego prześwitu.      A my dla pewności eksperymentu oddalamy tę chmurę świecących kloszy na odległość dlszych, teraz już 5 000 /pięciu tysięcy/ kilometrów.

 

 

 

W konsekwencji WIEMY – bo zobaczyć nie możemy – że tam gdzieś w przestrzeni jest świetlista chmura, której jednak światło do nas NIE dociera.

 

Możemy natomiast wykryć jej istnienie faktem, ze zasłania nam kilka może kilkadziesiąt gwiazd, które przedtem były widoczne.

 

 

 

I teraz będzie klou tego doswiadczenia. Bo tą teoretyczną chmurę ODSUWAMY w przestrzeni tak daleko, że znajduje się ona nawet poza najdalszymi obserwowanymi gwiazdami !!!

 

 

 

I co ???

 

Czy teraz wiedząc, że ona tam jest, możemy ją nazwać tłem ? Które „najtęższe umysły epoki” zmierzyły i niemal zważyły oceniając ją jako ciało „doskonale czarne” o temperaturze bliskiej zera bezwzglednego ?

 

Oczywiście, że NIE możemy ! Bo wiemy, że to nie jest żadne tło tylko dalsze źródła światła którego fotony świetlne już do nas nie docierają.

 

 

 

I dokladnie tak samo jest z gwiazdami. One tam są i świecą. Jednak aby je zobaczyć musimy się tam do nich udać, gdyż żadne teleskopy nie pokażą tego co same nie widzą. NIE ZAŚ ŻADNE TAM – bzdurne i wydumane – TŁO.

 

Unurzane w pseudonaukowej grypserze przez astronomów, którym się wydaje, że są naukowcami.

 

 

 

==============

 

A teraz wejdziemy na wyższy szczebel tłumaczenia i zajmijmy się światłem laserowym gwiazd.

 

I znowu niech będzie dany szklany klosz z mleczego szkła z żarówką w środku. Ten jednak będzie się różnił od poprzednich tym, że w mlecznym szkle klosza są powiercone niewielkie otworki, przez które widać bezpośrednio światło żarówki.

 

 

 

Jeśi ten klosz też zaczynamy oddalać w przestrzeni. To również zobaczymy to co moglibyśmy zobaczyć na słońcu gdybyśmy się mogli od niego oddalać.

 

Najpierw zacznie ciemnieć skraj klosza. Potem pociemnienie zacznie obejmować coraz szerszy pas.

 

Jest to spowodowane tym, że te skrajne otworki w powłoce klosza stają się równoległe do obserwatora i już żadne światło bezposrednio z żarówki do obserwatora nie dociera.

 

W zamian za to zacznie się uwidaczniać środkowa część widoku tarczy klosza, której otworki są jeszcze skierowane w stronę obserwatora – czyli POWIERZCHNIA PROPSTOPADŁA.

 

Jednak w miarę dalszego oddalania i one przestaną przepuszczać bezposrednio do obserwatora światło żarówki.

 

Wtedy to ujawni się tylko jeden otworek, przez który to światło będzie widoczne, zaś cały klosz z uwagi na odległość stanie się niewidoczny – tak jak to było wyjaśnione w poprzedniej części wywodu.

 

 

 

Gdybyśmy teraz utworzyli z takich podziurawionych kloszy ogromną cmurę, przez którą nic by nie prześwitywało i zaczęli tą chmurę kloszy oddalać w przestrzeni, to w pewnym oddaleniu zobaczylibysmy tylko w miejscu chmury ciemne tło na którym błyszczałyby tylko pojedyncze źródełka promieni swietlnych.

 

 

 

Czyli dokładnie tak jak to obserwujemy na nocnym niebie. Zaś „tłem” w tej chmurze szklanych kloszy nie byłoby żadne tło, ale niewidoczne części kloszy z głębi tej kloszowej chmury.

 

Zaś świetlne punkty nie byłyby obrazem tych szklanych kloszy ale strumieniem wolnych fotonów wybiegających z ich pojedynczych otworów. Usytuowanych w samym centrum półkuli kloszy które są w naszym kierunku skierowane.

 

                                                             *

 

 

 

Zakładając teraz. że natrafiliśmy na „astronomów” wyjątkowo odpornych na wiedzę, logikę i po ptrostu rozum, zaproponuję im dodatkowo pewną symulację przybliżającą ich do istoty mojego odkrycia.

 

 

 

Wybieramy zatem na tej czarnej chmurze dwa świetlne punkty. Punkty tak blisko położone obok siebie, że niemal są widoczne jako jedna trochę rozszerzona plamka. Są jednak na tyle od siebie oddalone, że przestrzeń je dzieląca, mimo iż prawie niewidoczna jednak istnieje w postaci cieniutkiej nitki czarnej przestrzeni.

 

 

 

A teraz kierujemy na ten rozszerzony punkt świetlny oko teleskopu, teleskopu powiększającego powiedzmy 100 razy.

 

I co zobaczymy ?

 

Ano zobaczymy, że o ile punkty swietlne pozostały takimi samymi punktami świetlnymi – może trochę jaśniejszymi – za to ta cieniutka czarna przestrzeń pomiędzy nimi powiększona 100 razy i stała się na tyle szeroka, że pozwalałaby pomieścić tam kilka, albo kilkanaście takich punktów świetlnych.

 

Wyniaka zaś to z tego, że punkt świetlny powiększony nawet 100 razy pozostaje punktem, zaś jakakolwiek przestrzeń powiekszona 100 razy staje się ewidentnie 100 razy powiększona, z dostrzegalnością tego powiekszenia.

 

 

 

Ten przykład tłumaczy zjawisko nazwane „poczwórną” w Lutni, o czym jest mowa na podstronie o tej samej nazwie.

 

 

 

Ot i wszystko

 

 

 

Andrzej Lisiak

 

 

 

PS. Ten kpiarski tytuł strony jest adresowany szczególnie do tych internautów, którzy lubią się podpierać pracą w UW i UJ, a także PAN, zaś zamiast zajmowania merytorycznego stanowiska lubują się w rzucaniu obelg.