Vincent van G

wiersze wybrane + HISTORIA  » PIĘTNOWANIE  » Vincent van G

 

                           Vincent van G - 262

 

 Widziałem krajobrazy ogromem pachnące

 Mistrzostwem palety w brylanty błyszczące

 Na których źdźbła trawy kurantami grały

 A korzeń choć niewidoczny

 Dodawał oprawy

 

 Widziałem linie proste jak błysk światła w mroku

 Doskonałością piękne

 Barwą miłą oku

 Co jak sztylet do serca wbijany z rozkoszy

 Nie kaleczy

 Nie niszczy

 Ale leczy oczy

 

 Widywałem historię dudniącą w armaty

 Krew niemalże cieknącą

 Z piersi w szerz rozdartej

 Gdzie zapachy prochów i potu ludzkiego

 Odtwarzały symfonię

 Trudu walecznego

 

 Potem wnętrze komnaty drobiazgami słynne

 Gdzie intryga się plecie

 Jak w kadzideł dymie

 By atmosferę oddać z dala patrzącemu

 Zbliżając go do życia jemu tak obcemu

 

 Widziałem dłoń madonny co jak mgły poranka

 Dłoń jeszcze mniejszą pieszcząc

 Szczęśliwego synka

 Płynęły jak wodospad szczęściem nasycony

 Dając rozkosz widzącym tej historii strony

 

 No i ciebie widziałem

 Vincencie van G

 Co jak zgrzyt nie metalu po bezbarwnym szkle

 Ale zardzewiałymi zawiasy

 Muzyką ohydy

 Zaszczepiłeś umysły

 Marszanda i skryby

 Co do spółki ze szmalem będącym w widoku

 Nadali ci rozgłosu

 Wywlekając z mroku

 I wmawiając wszystkiemu co do nich zwrócone

 Że to piękno jest przez nich

 Wszystkim przeznaczone

 

 A ja im teraz mówię jak to dziecko małe

 Że i król jest nagi i portki dziurawe

 Zaś tandeta z urojeń psychola cieknąca

 Tylko w myśli zatrutej struny może trącać

 

 Bo kto doświadczył piękna w malarskiej dziedzinie

 Odwróci się z pogardą

 By twych dzieł nie widzieć

 

 Vincencie van G

 

 *